DZIŚ JEST:   21   SIERPNIA   2019 r.

Św. Piusa X, papieża
Św. Apolinariusza
 
 
 
 

Sarmaci wczoraj i dziś

Sarmaci wczoraj i dziś
Polska szlachta w mundurach wojewódzkich w XVIII wieku ( Anonim)

Mówiąc o sarmatyzmie, mamy na myśli przynajmniej kilka zjawisk charakteryzujących historię I Rzeczpospolitej z ostatnich dwóch wieków jej istnienia. Można się skupić na wątku kultury materialnej, swoistości stylu sarmackiego czy jego przykładach dostrzegalnych w zabytkach architektury. Można sarmatyzmem nazywać określony styl życia, charakterystyczny dla szlachty tamtych czasów. Wdzięcznym źródłem do badań w tym kierunku są z pewnością ówczesne dzieła literackie, które same w sobie mogą służyć jako samodzielny punkt odniesienia dla badaczy przejawów sarmatyzmu w kulturze polskiej. Można również wykorzystywać badania nad sarmatyzmem do innych, zdawałoby się wyższych celów – w zależności od potrzeby da się więc mówić na jego przykładzie bądź to o swoistości, odrębności polskiej kultury epoki nowożytnej, bądź o fenomenie przenikania się kultur, takim staropolskim multi-kulti.

 

Sarmatyzmem nazywano też często stosunek szlachcica do własnego państwa, sposób wykonywania władzy w Rzeczpospolitej czy jej szczególny charakter ustrojowy. Sama niepowtarzalność zjawiska do dzisiaj przedstawiana jest jako powód do chluby. Skądinąd wszyscy wiemy, do czego nas ta wyjątkowość doprowadziła. Fakt rozbiorów daje podstawy sądzić, że sarmatyzm w swoim politycznym znaczeniu się skończył i w powszechnym przekonaniu sam był sobie w znacznej mierze winien. Druga część poprzedniego zdania wydaje się być niemożliwa do podważenia. Pierwsza natomiast jest mocno dyskusyjna. Twierdzę bowiem, że polityczny sarmatyzm zdaje się być w Polsce wiecznie żywy.


Dla potwierdzenia tej tezy przedstawię sarmatyzm polityczny w czterech aspektach. Ich nieznośna aktualność jest silniejsza ode mnie.

 

Państwo największym wrogiem

Największym zagrożeniem dla wolnych obywateli Rzeczpospolitej Obojga Narodów jawił się król – każdy kolejny władca oraz jego, jak sądzono, chore i złowieszcze ambicje. Choć wybierany przez szlachtę, mógł w pewnym momencie przestać być wdzięczny za dokonany wybór i zamiast pozostać faktycznie niższym od ogółu szlachty, zamarzyć o wywyższeniu. Jakiekolwiek królewskie próby zmiany ustroju określano mianem absolutystycznych zamiarów – cięższego zarzutu nie znano. Rozpowszechnienie takiego oskarżenia, nierzadko wymyślanego dla uzyskania doraźnych korzyści, prowadziło najczęściej na krawędź wojny domowej.


Absolutyzmem nazywano wszelkie próby ograniczenia anarchii i stworzenia choćby elementarnych instytucji państwowych. Zygmunt III Waza przez prawie pół wieku, czyli tyle, ile przyszło mu panować, starał się stworzyć stały skarb państwa. Nie było mu to dane, bo pomysł jawił się jako nadto absolutystyczny. Stałe dochody państwa mogłyby wszak umożliwić stworzenie zaciężnej armii do dyspozycji władcy. Zagrożenie, jakie w tym rozwiązaniu upatrywano, nie polegało tylko na możliwości użycia takiej armii wewnątrz kraju, ale na tym, że już samo jej istnienie na takich warunkach umożliwiało jakąkolwiek niezależność króla od szlachty, której przecież niezbywalnym obowiązkiem było stanąć, gdy trzeba, w pospolitym ruszeniu. Tak samo jak niezbywalnym jej prawem było decydować, aby takie potrzeby nie pojawiały się zbyt często.


Można powiedzieć, że już sama obecność monarchy wprowadzała duszną atmosferę, klimat absolutystycznego zamordyzmu. Za dowód starczało odczuwanie takiego klimatu. Mistrzowskim tropicielem zagrożeń ze strony króla i wzorcem dla przyszłych pokoleń okazał się Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda małopolski za tegoż Zygmunta III, przywódca rokoszu sandomierskiego, który wzniecił w imię walki z okropnymi – według niego – niebezpieczeństwami, jakie szykuje dla Rzeczpospolitej król; a niebezpieczeństw tych wyjawić nie mógł, gdyż były zaiste okropne.


Strategię Zebrzydowskiego i jego następców najcelniej opisał Daniel Naborowski, skądinąd uczestnik rokoszu, będący więc przez to świadkiem szalenie wiarygodnym:


Owo sławne Coś, które rokoszem rządziło,

Jako sam dobrze pomnisz, w Nic się obróciło


Przez lata w niwecz obracały się, niestety, wszelkie próby wprowadzenia porządku w miejsce bałaganu, będącego sielanką możnych.

 

Bajki o republice

Opowieści o republikanizmie I Rzeczpospolitej zdają się obecnie toczyć w najlepsze, wbrew wiadomemu finałowi tego państwa i wbrew najbardziej intuicyjnemu rozumieniu pojęcia republiki. Jeśli uznamy, że wspólnota narodowa to coś więcej, niż tylko suma jednostek, jeśli zgodzimy się na to, że wspólnota taka ma swój możliwy do odczytania interes, którego nie można zawęzić do partykularnej grupy i który często wymaga podrzędności jednostek względem niego, szybko dojdziemy do wniosku, że Rzeczpospolita Obojga Narodów była głęboko antyrepublikańska.


Czym więc była? Po prostu demokracją szlachecką. Panował w niej ustrój, stanowiący sposób obrony indywidualnych interesów określonej grupy społecznej. Demokracja, w moim przekonaniu, przy wielu innych swoich wadach, ale i zaletach, charakteryzuje się szczególną łatwością w dokonywaniu z jednej strony straszliwego semantycznego spustoszenia – słowa tracą znaczenie, a często bywają wykorzystywane w znaczeniu wprost przeciwnym – z drugiej zaś wyzwala w człowieku nieprzebrane zasoby niemoralności, z jej najczęstszym przejawem na czele: kłamstwem.


W demokracji, częściej niż w innych ustrojach, kłamstwo staje się najefektywniejszą metodą działania, jednocześnie pozostając niemal całkowicie bezkarne. Im więcej kłamstw, tym więcej sukcesów. Demokracja, wbrew nazwie, to nie rządy demosu, to rządy kłamczuchów, a największy kłamczuch spośród nich jest królem demokratycznego państwa. W warunkach demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej (nazewnictwo celowo mylące) można było być również na tej samej zasadzie obrońcą ojczyzny, stróżem praw czy mężem stanu.

Zastanawia trwałość tej słownej mistyfikacji. Jakiż to mechanizm pozwalał się jej odradzać, ilekroć odradzała się Polska?

 

Szczęśliwy finał pozornego trudu

Dwa powyższe zjawiska – wrogość do instytucji państwowych i ślepota na interes inny niż swój prywatny – uzupełnia chronologicznie najpóźniejszy, ale logicznie ściśle z nimi powiązany fenomen – poczucie osiągnięcia kresu zadań państwowych.


W przekonaniu ówczesnych Polaków osiągnięto cel, nadto cel ten uznano za optymalny. Wykrystalizowane z biegiem lat mechanizmy ustrojowe stały się w ich mniemaniu perpetuum mobile, gwarantującym samoczynne trwanie w zenicie możliwości państwowych i nie wymagającym dodatkowych starań, choćby dla utrzymania status quo.


Szlachetna naiwność takiego wniosku musi jednak zostać podważona okolicznościami historycznymi pojawienia się tegoż fenomenu. Połowa XVII wieku – bo tutaj pojawienie się owego zjawiska należy sytuować – to okres katastrofalny. To seria przegranych wojen, do tego w okolicznościach hańbiących (kapitulacje, zbiorowe przysięgi na wierność obcemu władcy, ucieczki w popłochu z pól bitewnych), to kilkuletnia okupacja całego terytorium kraju i tyleż czasu trwający rabunek dóbr materialnych. To również głębokie załamanie demograficzne, wzmocnione – obok strat wojennych – potwornymi zarazami.


Powyższe okoliczności każą sądzić, że absurdalne w świetle owych wydarzeń przekonanie o ustrojowej doskonałości było tak naprawdę woalem kryjącym gnuśność i niechęć do zbiorowego wysiłku dźwignięcia państwa z upadku, z drugiej zaś strony dającym przekonanie, że jest się dobrym gospodarzem, a jakiekolwiek zmiany w strukturze władzy są nie tylko niepożądane, ale wręcz szkodliwe. O ile państwa Zachodniej Europy potrafiły nie tylko dźwignąć się po prawdopodobnie jeszcze głębszym załamaniu związanym z wojną trzydziestoletnią i rozległym kryzysem gospodarczym, ale i stworzyć nowe, lepsze mechanizmy urządzenia władzy, o tyle polska szlachta dokonała na potrzeby odbudowy własnych majątków całkowitego rozbioru resztek własnej państwowości. I dokonała tego we wrzawie łgarstw o trosce, jaką Rzeczpospolitą rzekomo otaczała, rzekomo pełna dla niej poświęcenia.

 

Narodowe wady wzroku

Niebywała żywotność tego kłamstwa byłaby niemożliwa bez istotnej wady narodowej, którą dziedziczymy do dzisiaj (zresztą obok pozostałych). Wadą tą był, i wciąż jest, brak zainteresowania otaczającym nas światem, nieumiejętność odczytywania sytuacji i interesów innych państw. Nie byliśmy w stanie rozsądnie obserwować tego, co dzieje się wokół i co może bezpośrednio oddziaływać na naszą sytuację – uniemożliwiała nam to nasza narodowa wada wzroku: megalo- bądź mikromania.


W ciągu dekady potrafiliśmy drastycznie zmienić na swój użytek obraz Szwecji – od opisywania Szwedów jako gromady chłopów z widłami, którzy przypadkowo zabrali nam Rygę i na których wystarczy tupnąć, aby uciekli, po uznanie ich za niepokonaną potęgę, z którą wygrać nie sposób. Podobnie patrzyliśmy wiek później na Prusy, wcześniej zamieszkiwane – jak sądziliśmy – przez głupków z lasu, z którymi wcześniej czy później zrobi się porządek, a oto nagle okazało się, że wobec Prusaków należy okazać całkowitą bezbronność i strach wobec świetności ich państwa wzniesionej głównie z zasobów Pomorza Gdańskiego i Wielkopolski.


Osobną kwestią jest to, że państwa owe, podobnie jak pozostali nasi sąsiedzi (z wyjątkiem Turcji, której akurat zawsze się bano) przechodziły w tym czasie okres gwałtownych reform, zwany falą pierwszej modernizacji. Problem Polski polegał na tym, że rewolucyjne zmiany zauważała dopiero w momencie, gdy sąsiedzi zjawiali się bez zaproszenia w jej granicach. Ten brutalnie doświadczany dysonans poznawczy znalazł rozwiązanie, bijące wszystkie inne swoją kuriozalnością. Cóż można było zrobić w obliczu silnych sąsiadów? Odbudowa państwa nie wchodziła w grę, choćby dlatego, że należałoby się wtedy przyznać do serii błędów, i to tak poważnych, że kwalifikujących się właściwie jako zbiorowa zdrada własnego państwa, a zdrajców aż nazbyt łatwo dałoby się wskazać.


Jeśli więc nie można było stanąć do rywalizacji z potężnymi państwami, pozostało jedynie się z nimi zaprzyjaźnić. Mieliśmy do czynienia z syndromem sztokholmskim w wydaniu ogólnonarodowym. Zagraniczni przyjaciele dobrze płacili, składali wiele obietnic, gwarantowali złotą wolność. Kto wie, czy Stanisław Szczęsny Potocki nie był szczerze przekonany, że jego przyjaciółka Katarzyna II przyjdzie mu na pomoc, a potem sobie pójdzie? Można było na nią liczyć, faktycznie przyszła z pomocą i autentycznie nic nie chciała w zamian – nic złego się przecież nie wydarzyło, bo nawet po trzecim zaborze nie położyła ręki na majątkach swych bliskich polskich przyjaciół.

 

Wieczna Sarmacja

Elity III Rzeczpospolitej wykazują sporą podatność na porównania z zachowaniami szlachty, przede wszystkim dlatego, że są ich mentalnymi spadkobiercami. Ta formacja szczycić się może niezachwianą ciągłością, pomimo utraty państwowości. Kolejne pokolenia nieprzerwanie funkcjonowały według sprawdzonego wzorca, także w czasie zaborów, kiedy brakło im zawsze przez nich pogardzanego i jednocześnie bezwzględnie wykorzystywanego państwa. Opisu tych właśnie rzesz społeczeństwa, nazywanych pieszczotliwie nurtem ugodowym, a bardziej dosadnie zaprzańcami domagał się Jerzy Łojek, bolejąc nad brakiem w polskim dziejopisarstwie systematycznego omówienia potężnej tradycji nurtu antyniepodległościowego. Być może ten brak powoduje łatwość, bezrefleksyjny nawyk powtarzania tych samych błędów popełnianych wciąż bez konsekwencji?


Lewicowo-liberalny salon jest do szlachty łudząco podobny. Podobnie jak w przypadku tradycji antyniepodległościowej nie wiadomo dokładnie, skąd się wziął oraz kto i za co obdarzył szlachectwem salonowych bywalców. Nie można się o ich przeszłość i aktualne dokonania dopytywać, można im tylko klaskać. Grupa ta, podobnie jak jej poprzedniczki, zaciekle broni dostępu do siebie, podobnie też żywi przekonanie o własnej wyższości i zbawiennym wpływie na wszystko: bez niej przecież państwo się zawali; gdy jej zabraknie, wszystko co wartościowe wpadnie w łapy chamów i innej ciemnoty. Chronić przed ciemnotą – oto jedyne jej zadanie. Innych misji po wejściu do Unii Europejskiej, która – gdy trzeba – zrobi za nas wszystko korzystnie i niedrogo, po prostu już nie ma.


Mniej oficjalnie, państwo traktują oni nader instrumentalnie – od państwa należy się wszystkiego domagać, jednocześnie maksymalnie zawężając zakres jego władzy. Państwo może czasem zagrzmieć: jednak tylko wtedy, gdy trzeba pognębić słabych; jeśli zaś chodzi o silnych, to państwo pełni względem nich rolę służebną. Wrogowie elit jednak nie śpią, choć są najczęściej w mniejszości. Od wieków pisują wywrotowe poradniki dla niebezpiecznych szaleńców, zwących się reformatorami. Sporadycznie udaje im się nawet uzyskać głos decydujący, jak w czasach Sejmu Czteroletniego. Jednak reakcja, przy pomocy zaprzyjaźnionych państw ościennych, do tej pory była zawsze skuteczna.


Współcześni mają nad przodkami tę przewagę, że nie muszą sobie dorabiać sztucznego, pseudoantycznego rodowodu: Sarmatów zastąpiła bowiem sarmacka szlachta. Ci, którym się taka tradycja nie podoba, nie są jednak skazani na samotność. Mogą przede wszystkim zacząć się uczyć na błędach własnego narodu, ale mają też Mochnackiego (choć salon powie, że to ramota i obciach, nikt tego nie czyta), mają Dmowskiego (zaraz wrzasną, że antysemita, czytać go więc nie wolno), mają też w końcu człowieka, którego wciąż można posłuchać, choć według zgodnego chóru samozwańczych mądrali stanowi on największe zagrożenie dla ­państwa.


Ryszard Legutko


Tekst ukazał się w nr 19 dwumiesięcznika " Polonia Christiana"


DATA: 2012-03-14 20:57
AUTOR: RYSZARD LEGUTKO
 
 
Podziel się:  
 
 
 
drukuj
 
 
 
DOBRY TEKST
0
 
 
 
Skomentuj arytukuł
Nick *:
Twoja opinia *:
wyślij opinie
Regulamin forum portalu PCh24.pl.
Kliknij aby przeczytać

Regulamin forum portalu PCh24.pl:

1) Na forum nie wolno umieszczać komentarzy które:

- promują zachowania dewiacyjne, sprzeczne z prawem naturalnym;

- obrażają wiarę katolicką i Kościół katolicki;

- zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.);

- zawierają linki i adresy do stron WWW, dane osobowe, teleadresowe lub adresy mailowe

- są reklamami lub spamem (nie mają nic wspólnego z komentowanym artykułem)

- są bezpośrednimi, brutalnymi atakami na interlokutorów lub nawołują do agresji wobec nich

- są niestosowne w kontekście informacji o śmierci osoby publicznej bądź prywatnej

- zawierają uwagi skierowane do redakcji PCh24.pl. (za te ostatnie jesteśmy bardzo wdzięczni, prosimy jednak o kontakt mailowy, tylko wówczas mamy bowiem pewność, że trafią one do osób odpowiedzialnych za treść serwisu).

2) Wszystkie komentarze naruszające pkt. 1 niniejszego Regulaminu będą usuwane przez moderatora

 

Komentarze

Artykuł zajmujący lecz od wyczerpania tematu daleki. Przedstawiona tu definicja republiki czy demokracji wydaje się przesadnie uproszczona. Autor chwali Zygmunta III za jego troskę o skarb etc. Trudno dziwić się że szlachta nie ufała temu krolowi, skoro już na początku panowania wyszło na jaw iż potajemnie prowadził rozmowy z Habsburgami o przekazaniu im tronu (Sejm Inkwizycyjny 1592).
ponad 6 lat temu / JAQ
 


 
Top Komentowane
 
1
1
1
1
1
 

Nie ma go na naszym portalu?
Napisz! Krótkie komentarze lub felietony - opublikujemy je na Pch24.pl
 
 
 
 
Święta Rita
Ojciec Pio
Święty Maksymilian
Fatima - orędzie tragedii czy nadziei
Różaniec - ratunek dla świata
 
 

Copyright 2019 by
STOWARZYSZENIA KULTURY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ
M. KS. PIOTRA SKARGI

 

Żaden utwór zamieszczony w Portalu pch24.pl (www.pch24.pl) nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie, bez zgody Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi z siedzibą w Krakowie (Wydawca). Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody Wydawcy jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Prośbę o zgodę należy kierować do Redakcji Portalu na adres [email protected] Zgoda udzielana jest w formie pisemnej lub elektronicznej.

Rozpowszechnianie utworów, po uzyskaniu zgody, możliwe jest tylko pod warunkiem podania bezpośrednio pod publikowanym utworem informacji o źródle pochodzenia (PCh24.pl) oraz odnośnika do strony źródłowej (link z atrybutem rel=”follow”). Zgoda nie obejmuje ilustracji do tekstów. Niniejsza klauzula nie dotyczy użytkowników Portalu, linkujących utwory zamieszczone w Portalu w mediach społecznościowych.