DZIŚ JEST:   22   SIERPNIA   2019 r.

NMP Królowej
Św. Agatonika z Towarzyszami
Bł. Bernarda z Offidy
 
 
 
 


Polonia Christiana nr 44  >   ŚWIAT Z INNEJ STRONY

Filip Obara

Maroko dla niewtajemniczonych

Maroko dla niewtajemniczonych
By Rosino ([1]) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons
#AFRYKA    #MAROKO    #ŚWIAT    #ORIENT    #PORÓŻE

Pod naporem podrasowywanych w Photoshopie kolorowych zdjęć, wśród stosów ulotek kolportowanych przez biura podróży i wciąż powstających tuzinów artykułów prasowych czy tekstów na blogach, przedstawiających Maroko w samych superlatywach, zanika gdzieś jego prawdziwy obraz – kraju nie z baśni, lecz z krwi i kości, w którym żyją ludzie o konkretnej mentalności i tożsamości cywilizacyjnej; kraju, w którym jedynie wspaniałe afrykańskie słońce może sprostać standardom obróbki fotograficznej, natomiast ani architektura, ani sama rzeczywistość nie są bynajmniej aż tak kolorowe. Kiedy wraz z żoną spoglądaliśmy ku należącym do Maroka wybrzeżom Afryki – z perspektywy przeciwległego wybrzeża południowej Hiszpanii – wydawało nam się, że kraj po drugiej stronie jest jak magiczna szkatułka, w której znajdziemy zaklęty czar Orientu rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy. Mieliśmy bowiem na jego temat poglądy przeciętnego Jana, Johna czy Johanna. Dopiero własne doświadczenie zweryfikowało nasze wyobrażenia…


Diabli nadali, żeśmy – zamiast do malowniczej hiszpańskiej eksklawy, Ceuty – zdecydowali się na podróż promem do Tangeru. Trudno właściwie stwierdzić, dlaczego owo portowe miasto na północnym wybrzeżu kontynentu afrykańskiego cieszy się dziś aż taką sławą. Na pewno warto podkreślić, że część tej sławy ma charakter – powiedzmy – kryminalny. Stamtąd bowiem wyrusza do Europy większa ilość całego zapotrzebowania naszego kontynentu na przemyt marihuany i haszyszu. Tam też na porządku dziennym są propozycje zakupów „detalicznych” takie, jak ta, którą złożył nam tragarz po wniesieniu toreb na piętro hotelu, mówiąc: You smoke one joint and you are happy (palisz jednego skręta i jesteś szczęśliwy). Oczywiście z charakterystycznym arabskim akcentem.

 

Port, do którego dotarł nasz prom, od samego miasta Tanger dzieli niezły kawałek drogi i oczywiście brak jakichkolwiek innych środków transportu prócz taksówek. Wypożyczalnie samochodów istniały chyba tylko na papierze, gdyż w żadnej z nich nie było żywej duszy. Czekało nas zatem kilkadziesiąt kilometrów w towarzystwie taksówkarza, który od razu zaczął zwracać się do nas per my friends, z wielką manifestacją braterskiej miłości. Narracja towarzysząca naszej podróży snuła się, oczywiście, wokół wychwalania piękna ojczyzny czarnoskórego kierowcy. Za oknami zaś migały na poły pustynne krajobrazy, w których dominował element wszechobecnego… śmietniska. Śmieci najrozmaitszego rodzaju latały na wietrze i zalegały ogromne przestrzenie ziemi.

 

Wreszcie dojechaliśmy do Tangeru, gdzie dowiedzieliśmy się, że wynajęcie samochodu kosztuje pięć razy więcej niż w Hiszpanii. Upiorna rzeczywistość, w której margines społeczny stanowi chyba większość populacji, przywitała nas świdrującym wzrokiem ubranych w obdarte szaty muzułmanów o złowrogich twarzach. Odprawiliśmy taksówkarza, który za podwiezienie nas dwie ulice dalej, niż ustalaliśmy początkowo, zażądał kwoty wystarczającej na pokrycie kosztów paliwa drugiej takiej podróży. Jego niezadowolenie wyraziło się w sposób, który zapewniłby mu sukces na niejednym castingu. Z iście aktorską emfazą zademonstrował wielką krzywdę, jaką mu wyrządziliśmy, po czym bez pożegnania trzasnął drzwiami i odjechał… szukać nowych – wierniejszych może? – przyjaciół.

 

Po zjedzeniu kiepskiej kolacji w jednej z polecanych w internecie restauracji udaliśmy się na spoczynek do zachwalanego przez tragarza „pokoju z widokiem”, w którym widok, owszem, był, ale na ruiny sąsiedniego żelbetonowego budynku, służące obecnie za śmietnisko. Już pierwszego dnia przekonaliśmy się, w jak innej rzeczywistości jesteśmy. Tam ani rekomendacja serwisu Trip Advisor, ani inne elementy kodu kulturowego znanego z realiów zachodnich nie mają tego samego znaczenia.

 

W labiryncie przewrotności

 

W większych miastach Maroka prędko przywyka się do dźwięku polskiej mowy łamanej w ustach Arabów, Murzynów i Berberów. Na każdym targu usłyszymy: Dzień dobry, jak się masz, kochanie? czy Spoko Maroko, od tych kupców, którzy rozpoznają w nas przybyszów z kraju nad Wisłą. Marokańscy muzułmanie, głównie ze względów ekonomicznych, opanowali do perfekcji sztukę wywierania wrażenia na naiwnych turystach spragnionych afrykańskiej egzotyki.

 

Przewodniki turystyczne ostrzegają przed fałszywymi przewodnikami (faux guides), których liczba jest szczególnie wysoka właśnie w Fezie – najstarszym z cesarskich miast Maroka i partnerskim mieście Krakowa. Był to drugi dzień naszej wizyty w państwie rządzonym przez króla Muhammada VI (którego portrety wiszą we wszystkich miejscach użyteczności publicznej), dlatego też ostrzeżeń nie braliśmy sobie jeszcze nazbyt poważnie do serca. No i daliśmy się nabrać…

 

Ahmed, bo tak miał na imię nasz przewodnik, przekonywał, że sami na pewno zabłądzimy, chodząc po największej na świecie medynie (po naszemu: stare miasto). Brzmiało to dość sensownie w obliczu labiryntów tak zwanej medyny dziewięciu tysięcy ulic, dlatego – nieopatrznie – zgodziliśmy się.

Od Ahmeda dowiedzieliśmy się między innymi, iż Fez jest stolicą oleju arganowego (mimo że najbliższe – i jedyne na świecie! – miejsce, gdzie rosną drzewa arganowe, to zachodnie wybrzeże Maroka oddalone od Fezu o siedemset kilometrów); dowiedzieliśmy się też, że możemy zrobić doskonały biznes, jeśli zaczniemy handlować tymże olejem (mimo iż ceny były takie same jak w Polsce, a jakość oleju dostępnego dla przeciętnych śmiertelników pozostawiała wiele do życzenia w porównaniu, na przykład, z olejem dostępnym w naszym kraju, a pochodzącym z importu… niemieckiego); a już handel dywanami, według Ahmeda, miał uczynić z nas wprost milionerów.

 

Nasz faux guide był niskiego wzrostu korpulentnym muzułmaninem o okrągłej opalonej twarzy, na której co chwilę rysował się niemal dziecięcy entuzjazm, gdy prowadził nas do kolejnych sklepów z dywanami, ubraniami i ceramiką (prowadzonych zapewne przez jego krewnych). Angielszczyzną nieco lepszą niż ta, którą posługuje się większość jego rodaków, pochwalił się, że jest absolwentem wyższych studiów na kierunku… filologia angielska.

 

Noc spędziliśmy w hotelu oddalonym o kilkanaście metrów od słynnej bramy Bab Bu Dżelud. Około czwartej nad ranem w pełni dotarło do nas, co Ahmed miał na myśli, informując z dumą, iż w medynie znajduje się ponad trzysta meczetów. Obudzeni wśród mroku siermiężnego hotelowego pokoiku usłyszeliśmy dochodzące z kilku minaretów naraz – otaczające nas z kilku stron – potępieńcze zawodzenia muezinów. Zaprawdę nie potrzebowaliśmy w tamtej chwili wizjonerskiego daru Katarzyny Emmerich ani siostry Faustyny, aby przez moment poczuć się, jakbyśmy zostali przeniesieni do przedsionka piekła, by posłuchać wycia szatanów i dusz przez własną nienawiść skazanych na wieczną mękę.

 

To nie jest kraj dla uczciwych ludzi


Maroko – wbrew wszystkim frazesom na temat tolerancji i liberalizmu – jest na wskroś islamskie i to daje się we znaki. Przede wszystkim w mentalności miejscowych oraz ich – rasistowskim, mówiąc wprost – stosunku do przyjezdnych. Biały niemuzułmanin stanowi dla przeciętnego autochtona jakby odrębny gatunek nieposiadający tej samej co on godności – obdarzony jednakże grubym portfelem i często nader cienką warstwą ochronną oddzielającą go od przemyślnych emocjonalnych manipulacji mających na celu tegoż portfela uszczuplenie.

 

W Marrakeszu poznaliśmy pewnego Marokańczyka imieniem Youssef, który stał się naszym – jak mawiali nasi przodkowie – cicerone. Młody Berber – o dziwo, całkiem bezinteresownie, a wręcz z satysfakcją – przeprowadzał nas przez labirynty miejscowej rzeczywistości. W jego osobie dane nam było doświadczyć widoku – pozornie sprzecznego – przedstawiciela islamskiej cywilizacji, który w najlepsze oddawał się tańcom w klubie African Chic (Afrykański Szyk), popijając jedno piwo za drugim.

 

W pewnym momencie, gdy siedzieliśmy nocą na jednej z ulic Marrakeszu, zajadając ze smakiem marokańską zupę zwaną harira, Youssef uczynił wyznanie, iż trudno być prawdziwym mężczyzną w Maroku. Taka konstatacja na pierwszy rzut oka może dziwić. Jak to? Przecież właśnie Maroko pełne jest twardych mężczyzn przyzwyczajonych do radzenia sobie w nierozpieszczających człowieka realiach… Właśnie w tym tkwi sęk, jak wyjaśnił nasz przyjaciel. Marokańczycy z biedą radzą sobie, jak mogą – niekoniecznie honorowo i z poszanowaniem tej cnoty gościnności, którą on sam ewidentnie posiadał. Dwulicowa rzeczywistość tego muzułmańskiego kraju nie jest za to ani trochę przychylna wobec tych wszystkich, którzy wśród przepychania się łokciami przez życie pragną zachować względną wrażliwość, prostolinijność i zwykłą ludzką uczciwość. Ktoś taki, jak wyraźnie zasugerował nasz rozmówca, jest w Maroku outsiderem.

 

Przemieszczanie się po Marrakeszu w towarzystwie Youseffa było znacznie przyjemniejsze niż dotychczas, zdejmowało z nas bowiem uciążliwy balast natrętnych spojrzeń i nagabywań. Niemniej jednak musieliśmy się ukrywać za przysłowiowym winklem, chcąc złapać taksówkę, a i tak większość kierowców, widząc białych porozumiewających się wzrokowo z Marokańczykiem, podawała kilkukrotnie większą stawkę. Jest to norma w odniesieniu do wszystkich usług i produktów, w związku z czym internetowe doniesienia na temat tanich wczasów w tej części północnego wybrzeża Afryki należy włożyć między bajki – przynajmniej, jeśli jedzie się po raz pierwszy i jest się niewtajemniczonym w panujące tam realia.

 

Nasz dobry przewodnik objaśnił także, iż w Maroku będziemy mieli do czynienia z dwoma typami złodziei, z których jedni są nieoficjalni, drudzy zaś… oficjalni. Zrozumieliśmy to później, gdy wracaliśmy wynajętym samochodem z As‑Sawiry (czy też z francuska Essaouira; a dawniej Mogador). Po jednym ze wzniesień nastąpił gwałtowny spadek, na którym pojawiły w niewielkiej odległości trzy kolejne znaki drogowe nakazujące duże ograniczenie prędkości, tak że nawet przy najlepszych chęciach trudno byłoby z należytym refleksem wyhamować, by zachować nakazaną prędkość. Tuż za znakami spostrzegliśmy „przyczajoną” budkę policyjną, z dyżurnym policjantem oczekującym na uiszczanie „mandatów”, niekoniecznie w formie pieniądza… Rozmowa była prosta. Policjant zapytał, czy mam dirhamy (waluta marokańska). Odpowiedziałem, że nie. Zapytał więc, czy mam euro. Odpowiedź taka sama. Kolejne zaś pytanie umieściło całe zajście w dziedzinie krajoznawczej anegdoty. Otóż po dwóch pierwszych słowach‑kluczach (Dirham? Euro?), na które odpowiedziałem negatywnie, padło trzecie: Cigarettes? Byłem tak rozbawiony, że zdecydowałem się dać jednak mundurowemu kilka euro.

 

Maroko od wschodu do zachodu


W północnym przedsionku kontynentu afrykańskiego – jak można by określić Maroko – pomimo zaledwie paru godzin drogi promem od Europy, wszystko jest inne. Na drogach nie obowiązują dosłownie żadne zasady (oprócz prawa przeżycia), a wśród rozpędzonych samochodów poruszają się kobiety z trójką dzieci na rowerze. Jednym z widoków osobliwych dla Europejczyka przyzwyczajonego do snujących się po ulicach smarkaczy puszczających najrozmaitsze „rąbanki” ze smartfonów, jest analogiczny obrazek młodych Arabów, którzy przy użyciu różnego rodzaju sprzętów grających napełniają gwarne ulice dźwiękiem religijnych śpiewów muzułmańskich. Z podobnym zdumieniem reaguje on na widok rytualnych ablucji, których w specjalnym, długim i niskim zlewie dokonują w toalecie publicznej panowie ustawieni w posłusznym woli Allacha szeregu – policjantów nie wyłączając.

 

Jeżdżąc z północy na południe, a także z zachodu na wschód Maroka, zauważyliśmy pewną prawidłowość. Otóż im dalej od wielkich skupisk miejskich – tym atmosfera natrętnej muzułmańskiej mentalności staje się mniej dotkliwa. Można zatem odpocząć wśród piasków miejscowości Sidi Kaouki, gdzie turyści przyjeżdżają surfować po olbrzymich falach Atlantyku (a jedynym minusem jest natężenie niemieckich amatorów konopi indyjskiej, której zapach wraz z mętnym wzrokiem specyficznej „bohemy” zalegającej turystyczną uliczkę stanowi nieodłączny element krajobrazu).

 

Sidi Kaouki należy do prowincji As‑Sawira – tej, w której rosną drzewa arganowe i gdzie codziennym widokiem są kozy skaczące po gałęziach i pałaszujące liście. Dopiero widząc na własne oczy ten znany ze zdjęć fenomen, przestajemy się dziwić, jak to możliwe, żeby koza chodziła po drzewie. Odpowiedź jest prosta: zwierzęta są tak wychudzone, że niedługo sam wiatr mógłby je podnieść do poziomu najwyższych liści przy koronach drzew. Sama zresztą As‑Sawira – czyli Miasto Wiatrów – pozwala odetchnąć powietrzem, którego oczekujemy w podróży – w którym ludzką życzliwość, okazywaną przez miejscowych, łatwiej przeliczyć na uśmiech wdzięczności i dobre słowo niż na dirhamy. Choć nie znaczy to wcale, iż magiczne słowo dirham traci tam swoją moc. A jednak olej arganowy, kupiony od wyrabiającej go babiny, będzie autentyczny i tańszy niż w aptece w Fezie (czy w sklepiku orientalnym w Krakowie).

 

Odpocząć od nieznośnej atmosfery natrętnej islamskości można również wśród piasków pustyni na wschodzie kraju, gdzie mieszkają (a przynajmniej przyjmują turystów) Beduini w tradycyjnych turbanach na głowach, przygotowujący smaczne marokańskie potrawy. Do obozowisk rozłożonych wśród bezkresu Sahary docieramy najpierw busem przemierzającym serpentyny dróg przecinających pasmo górskie Tizin-Tichka w łańcuchu Atlasu Wysokiego, potem na wielbłądach. Po drodze, oczywiście, zatrzymujemy się na obiad akurat w tych lokalach, w których nad niewysoką jakością i niewielką ilością strawy niepomiernie góruje jej cena. Na szczęście sama pustynia zalana cudownym afrykańskim słońcem, przydającym każdemu widokowi fotogeniczności, wynagradza niemiłe niespodzianki podróży.

 

Wschód Maroka to raj dla filmowców, którzy są w stanie wypreparować tam dowolną orientalną rzeczywistość – od Jordanii i Syrii (na potrzeby pierwszego nakręconego tam filmu: Lawrence z Arabii) po Tybet (Kundun). Warto zapuścić się dalej niż tylko w mury studia filmowego Atlas Film Corporation Studios – do ukrytej wśród pustynnych wzniesień wioski Ajt Bin Haddu. Tam właśnie zrealizowano wiele hollywoodzkich produkcji, łącznie z Gladiatorem czy też filmem Babel, przy kręceniu którego aktorzy mieszkali w lepiankach wkomponowanych we wzgórze z różowego piaskowca, dzieląc z tubylcami ich codzienny, siermiężny żywot.

 

Nie wszystko perłą…


Maroko – choć nazywane perłą Maghrebu – bynajmniej nie jest krajem reprezentatywnym dla cywilizacji islamu. Dla porównania weźmy za przykład Turcję, gdzie dobrobyt materialny uwydatnia – mniej lub bardziej szczerą, ale jednak – cnotę gościnności właściwą dla ludzi Bliskiego Wschodu. Nawet w sąsiedniej Algierii, posiadającej złoża ropy naftowej, przez co mniej zależnej od ruchu turystycznego, realia są pod tym względem znacznie ciekawsze. W Maroku zaś, kraju biednym i słabo rozwiniętym, ludność utrzymuje się prawie wyłącznie z naciągania turystów. Stąd kultura tamtejsza – o ile doświadczymy jej na własnej skórze, bez pośrednictwa biur podróży czy ekskluzywnych kurortów – staje się uciążliwa i nieraz irytująca, a przereklamowana „orientalność” może pozostawić nas z uczuciem niedosytu czy wręcz niesmaku.

 

Maroko wymaga osobnego klucza, którego nie dostarcza współczesna oferta komercyjna. Trzeba wiedzieć, jak się poruszać i czego unikać, aby nie wydać zbyt wiele i być usatysfakcjonowanym z samodzielnie zaplanowanej podróży. Maroko dla laika – tym bardziej po raz pierwszy odwiedzającego muzułmański kraj – okaże się niebagatelną lekcją obcej kultury i okazją do bliskiego zetknięcia z religią i cywilizacją, która zna tylko jeden podział – na swoich i obcych, oraz tylko jedno prawo – własnej korzyści kosztem tych, którzy nie są z nas i nie poddają się naszej dominacji. Jeżeli zatem ktoś szuka bezstresowego wypoczynku, który nie zaburzy dotychczasowych wyobrażeń o świecie – niech raczej skorzysta z oferty all inclusive albo po prostu… zostanie po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, na hiszpańskim Wybrzeżu Światła i stamtąd zagląda w podwoje Orientalnej Bramy Afryki.

 


Filip Obara

kulturoznawca i działacz kulturalny. Publicysta portalu PCh24.pl.


Tekst pochodzi z nr. 44 magazynu "Polonia Christiana"



zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 

Podziel się:  
 
 
 
drukuj
 
 
 
DOBRY TEKST
1
 
 
 

Skomentuj arytukuł
Nick *:
Twoja opinia *:
wyślij opinie
Regulamin forum portalu PCh24.pl.
Kliknij aby przeczytać

Regulamin forum portalu PCh24.pl:

1) Na forum nie wolno umieszczać komentarzy które:

- promują zachowania dewiacyjne, sprzeczne z prawem naturalnym;

- obrażają wiarę katolicką i Kościół katolicki;

- zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.);

- zawierają linki i adresy do stron WWW, dane osobowe, teleadresowe lub adresy mailowe

- są reklamami lub spamem (nie mają nic wspólnego z komentowanym artykułem)

- są bezpośrednimi, brutalnymi atakami na interlokutorów lub nawołują do agresji wobec nich

- są niestosowne w kontekście informacji o śmierci osoby publicznej bądź prywatnej

- zawierają uwagi skierowane do redakcji PCh24.pl. (za te ostatnie jesteśmy bardzo wdzięczni, prosimy jednak o kontakt mailowy, tylko wówczas mamy bowiem pewność, że trafią one do osób odpowiedzialnych za treść serwisu).

2) Wszystkie komentarze naruszające pkt. 1 niniejszego Regulaminu będą usuwane przez moderatora

 

Komentarze

Tak nawiązując do mojego poprzedniego komentarza, jak i tekstu artykułu, też zdarzyło mi się być zatrzymanym przez policję za przekroczenie prędkości. Po kilkuminutowej rozmowie ze stróżami prawa odniosłem wrażenie, że bardziej zależało im by z kimś porozmawiać, urozmaicając sobie nudną służbę, niż na karaniu bądź wymuszaniu łapówki. Pogadaliśmy o Maroku, jak mi się podoba, pytali o Polskę i, z uśmiechami na twarzach się rozstaliśmy. Zero mandatów, łapówek, etc. Być może autor artykułu w rozmowie z policją okazał swoją pogardę do "natrętnej islamskości", przez co został odpowiednio potraktowany.
ponad 3 lata temu / Piotrek
 
Bardzo dziwny tekst. Byłem w Maroku kilkukrotnie i mam zupełnie różne odczucia dotyczące tego kraju. Maroko bardzo mi się podoba. Nie rozumiem co to znaczy "Odpocząć od nieznośnej atmosfery natrętnej islamskości" - po co zatem jechać do północnej Afryki. To tak jakby jadąc do Zakopanego wzdrygać się na myśl o zakopiańskiej architekturze i góralskim folklorze. Akurat w Maroku islam jest chyba najmniej natrętny ze wszystkich krajów regionu. Nigdy będąc w Maroku nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem wrogości wobec mnie (noszę na szyi krzyżyk - replikę średniowiecznego, który jest zazwyczaj widoczny) ze strony jego mieszkańców, a wręcz przeciwnie. Myślę, że z takim nastawieniem do świata autor artykułu powinien raczej pozostać w domu. PS. Tanger to rzeczywiście nieciekawe miasto ale wynika to raczej z jego historii. Poza tym, jak każde portowe miasto południa, przyciąga wszelkiej maści indywidua.
ponad 3 lata temu / Piotrek
 
dzieki za ten tekst.
ponad 3 lata temu / malwina
 
 

Górale licznie zgromadzili się w sanktuarium na Krzeptówkach, aby uczestniczyć w Mszy św. w intencji ofiar śmiertelnych i innych poszkodowanych po burzy w Tatrach, która miała miejsce w godzinach popołudniowych w czwartek 22 sierpnia w Tatrach.

 
 

Lubelscy samorządowcy chcą, aby 5 września Rada Miasta zagłosowała za napisanym przez nich „sprzeciwem wobec nieuzasadnionych ataków na metropolitę krakowskiego” – informuje "Dziennik Wschodni". To reakcja na incydent, jaki miał miejsce podczas wyborów Mr Gay Poland 2019 w Poznaniu, kiedy jeden z uczestników trzymał w rękach kukłę ze zdjęciem abp. Jędraszewskiego i imitował poderżnięcie mu gardła.

 

Rynek in vitro rośnie jak na drożdżach. Jak podaje „The Economist”, co 60-ty Amerykanin rodzi się dzięki zapłodnieniu in vitro. W Danii, Izraelu czy Japonii jest to co 25 osoba. In vitro staje się wielkim biznesem, w którym godność człowieka jest najmniej istotna.

 

Węgrzy odnieśli małe zwycięstwo nad lobby homoseksualnym w Budapeszcie, po tym, jak środowiska broniące małżeństwa i rodziny oprotestowały kontrowersyjną kampanię reklamową firmy Coca-Cola.

 

Antykatolicki amok to znak rozpoznawczy Jana Hartmana. Człowiek nazywany przez niektórych profesorem po raz kolejny udowodnił, że nie ma najmniejszych skrupułów, aby wykorzystać każdą ludzką tragedię do uderzenia w Kościół Katolicki i wyznawców Chrystusa Króla.


Nie ma go na naszym portalu?
Napisz! Krótkie komentarze lub felietony - opublikujemy je na Pch24.pl
 
 
 

Copyright 2019 by
STOWARZYSZENIA KULTURY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ
M. KS. PIOTRA SKARGI

 

Żaden utwór zamieszczony w Portalu pch24.pl (www.pch24.pl) nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie, bez zgody Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi z siedzibą w Krakowie (Wydawca). Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody Wydawcy jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Prośbę o zgodę należy kierować do Redakcji Portalu na adres [email protected] Zgoda udzielana jest w formie pisemnej lub elektronicznej.

Rozpowszechnianie utworów, po uzyskaniu zgody, możliwe jest tylko pod warunkiem podania bezpośrednio pod publikowanym utworem informacji o źródle pochodzenia (PCh24.pl) oraz odnośnika do strony źródłowej (link z atrybutem rel=”follow”). Zgoda nie obejmuje ilustracji do tekstów. Niniejsza klauzula nie dotyczy użytkowników Portalu, linkujących utwory zamieszczone w Portalu w mediach społecznościowych.