20 października 2014

Synodalne drżenie ziemi

(fot. Fabio Frustaci/EIDON )

Czy faktycznie podczas synodu „nic się nie stało”? Udawanie dzisiaj, że tak właśnie jest, to lekceważenie symptomów poważnej choroby, która jednak – odpowiednio wcześnie zdiagnozowana – daje się leczyć.

 

Powracający po watykańskim synodzie biskupi, będą musieli w końcu spojrzeć w oczy wiernym. Od wieków bowiem Kościół słusznie powtarza prawdę o nierozerwalności małżeństwa. Tym razem jednak wprost z synodalnego zgromadzenia biskupów dotarł do wiernych jasny sygnał, że hierarchowie nie stanowią jedności wokół tego, co oczywiste. Podobnie rzecz ma się z podejściem do homoseksualistów. Robocze – jak to określono – Relatio prezentowało aprobatywny stosunek wobec par jednopłciowych, a austriacki kard. Christoph Schonborn zachwycał się wzajemną pomocą wyświadczaną sobie przez znaną mu parę homoseksualistów.

Wesprzyj nas już teraz!

 

I choć kwestie te ostatecznie nie znalazły uznania w oczach większości biskupów, bo wypadły z dokumentu podsumowującego obrady synodalne, to niesmak pozostał. Dlaczego biskupi w ogóle – znając z kart Ewangelii jasne i klarowne słowa Pana Jezusa na temat nierozerwalności małżeństwa – podejmowali dyskusję nad usilnie promowanym przez kard. Waltera Kaspera pomysłem dopuszczenia do Komunii świętej osób rozwiedzionych, żyjących w ponownych związkach? Dlaczego na synodzie dotyczącym rodziny (sic!), podnoszono w ogóle temat homoseksualistów, dając w ten sposób jednoznacznie do zrozumienia, że kwestia par jednopłciowych mieści się w obrębie szeroko rozumianej problematyki rodzinnej? To pytania, przed którymi będzie musiało stanąć wielu biskupów, gdy spojrzą w oczy wiernym po powrocie z Rzymu. Chyba że medialna gorączka wciągnie ich w zgoła inną rolę – duchownych tłumaczących się z niewystarczająco postępowej dla progresistów wymowy zakończonego synodu.

 

„Nic się nie stało”?

 

Wiele wskazuje na to, że liczni z zagospodarowanych przez mainstream katolickich dziennikarzy nie będą dociekać sprawy podziału wśród hierarchów Kościoła w kwestiach – nie bójmy się tego słowa – fundamentalnych. Przedstawiciele mainstreamowych mediów, łudzący katolików „kremówkową” wersją „Pytania na śniadanie” pod mętnym tytułem „Między niebem a ziemią”, postanowili podsumować obrady synodu, zapraszając do studia dziennikarza, duchownego i panią socjolog. W dyskusji pojawiły się same okrągłe zdania: dziennikarz uspokajał, że skoro biskupi przegłosowali ostatecznie poprawne Relatio, to nic się nie stało, socjolog zachwycała się samym pomysłem synodu i jego formą, a ksiądz poprzestawał – co można zrozumieć – na dyplomatycznych komentarzach. Jaki przekaz płynie więc z masowych ośrodków medialnych do milionów katolików w Polsce? Że wszystko jest w porządku, nic się nie stało. Łudząco przypomina to komentarze wielu publicystów katolickich po abdykacji Benedykta XVI, zdających się nie zauważać, że gdy naczelny wódz z własnej woli opuszcza swe wojsko, to jest to wydarzenie przełomowe, wprowadzające Kościół na zupełnie nieznane, wzburzone i pełne niebezpieczeństw wody.

 

Czy faktycznie podczas synodu „nic się nie stało”? Czy – jak mówi powiedzenie – wszystko dobre, co się dobrze kończy? Wydarzenia, do których doszło na synodzie, przypominały sceny z filmów katastroficznych, gdy tuż przed trzęsieniem ziemi oko kamery pada na drgającą coraz wyraźniej wodę w szklance. Na razie o trzęsieniu ziemi nie ma mowy, ale baczne oko obserwuje już jego zapowiedzi w nienaturalnym zachowaniu otoczenia, zaś zmysły dotyku i równowagi wyczuwają głębokie podziemne drgania. Udawanie dzisiaj, że nic się nie stało, to jak lekceważenie symptomów poważnej choroby, która odpowiednio wcześnie zdiagnozowana, daje się leczyć. Biskupi nie mają oczywiście obowiązku opowiadać o tych symptomach publicznie. Zrozumiała jest ich troska, by mówienie o podziale w Kościele nie stało się przyczyną zgorszenia, ale z drugiej strony zdecydowawszy o upublicznieniu pierwszej, „roboczej” wersji Relatio, doprowadzono i tak do niemałego zgorszenia, chociażby dając do ręki ciężki oręż mainstreamowym mediom i innym nieprzyjaznym Kościołowi środowiskom.

 

Watykan kontra polscy biskupi

 

Sztandarowym zabiegiem dokonywanym przez polskie media głównego nurtu po opublikowaniu pierwszego Relatio, była próba wbicia klina między polski episkopat, który ustami przewodniczącego abp. Stanisława Gądeckiego skrytykował jego „postępową” część, a papieża Franciszka. W myśl tej metody usilnie starała się postępować na przykład Monika Olejnik, zawzięcie dopytująca duszpasterza rodzin ks. Przemysława Drąga o to, czy polscy biskupi mogą „zbuntować się przeciwko papieżowi”, tak jakby głównym problemem Kościoła była dziś postawa hierarchów znad Wisły, a nie gwałtowne próby wywierania nacisku na Watykan – głównie przez niemieckich biskupów – by ten zaakceptował to, co sprzeczne z Ewangelią i Tradycją.

 

Przypadek Moniki Olejnik nie jest wyjątkiem. Najbardziej znamienite nazwiska polskich postępowców burzą się na biskupów, okraszając ich mianem „hamulcowych” Kościoła, mającego w ich opinii maszerować równym krokiem w kierunku wyznaczonym przez progresizm. Kardynał Kasper, poruszywszy kamyk, który wywołał lawinę, dał do ręki przeciwnikom Kościoła znakomity oręż. Bronią tą postępowcy będą mogli okładać biskupów nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach. Pytanie o to, po której stronie „sporu” o rozwodników i homoseksualizm stał ten czy inny hierarcha będzie zapewne powtarzane w wielu stacjach telewizyjnych i gazetach na świecie. Natomiast z tarczą – o zgrozo! – powrócą do domów biskupi niemieccy i ich sprzymierzeńcy, grzejący się w blasku fleszów i telewizyjnych kamer. Czyż taki obrazek nie świadczy o spektakularnym upadku chrześcijańskiej Europy? Oto „chłostą śmiechu i zabójstwem na śmietniku” potraktowani zostaną hierarchowie wiernie trwający przy nauce Chrystusowej, a usiłujący ją rozwadniać i zmieniać odbiorą laur zwycięstwa.

 

Nie traćmy nadziei

 

Przez najbliższy rok oczy wiernych Kościołowi katolików, zatroskanych o losy „Jednego, Świętego, Powszechnego i Apostolskiego”, będą z uwagą patrzyły w stronę Watykanu. To tam, za rok, rozegrają się losy rodziny – ostoi katolickiego wychowania, swoistej komórki-przekaźnika tradycyjnych wartości. Jeśli Kościół twardo nie stanie w jej obronie, nie zawalczy o jej trwałość i naturalny model, to zniecierpliwieni postępowcy otworzą swoje areny, by na nich rozegrał się ich ostateczny koniec.

 

Na przestrzeni ostatnich dekad Kościół pozbywał się atrybutów swego przewodnictwa w sferze publicznej czy kulturze. Obecnie możemy obserwować opłakane efekty decyzji i posunięć osłabiających rolę Kościoła na tych dwóch polach – odrażające, pozbawione piękna wytwory kultury i nihilistyczne, wykastrowane z prawdy życie publiczne. Strach pomyśleć, co stałoby się za kilka lat z rodziną, gdyby słowa kard. Kaspera o wielu popierających go biskupach okazały się prawdą.

 

„Jeśli jesteś uczniem Chrystusa, niechże zapłonie Twoja gorliwość, niech powstanie Twoja władza przeciw takiemu bezwstydowi, przeciw tej powszechnej zarazie” – pisał o niebezpieczeństwach herezji św. Bernard z Clairvaux, udzielając rad papieżowi Eugeniuszowi III. Nie pozostawiał on Następcy Świętego Piotra wątpliwości, co do licznych niebezpieczeństw drzemiących także w Kościele: „Musimy to dostrzec: przyjęły się nowe obyczaje, zmieniły się czasy i zachowania ludzi. Niebezpieczeństwa nam w tej chwili nie grożą – już je przeżywamy”.

 

To, w jaki sposób je przeżyjemy, zależy dzisiaj od papieża Franciszka. Nie zapominajmy, że to on jest dzisiaj skałą, na której stoi Chrystusowy Kościół. Ale ponad wszystko pamiętajmy jeszcze o tych słowach Pana Jezusa, które stanowią dla nas, wiernych Kościołowi katolików nieustanne źródło otuchy: „bramy piekielne Go nie przemogą”.

 

 

Krzysztof Gędłek

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie